Post
autor: olivka23 » 07 sie 2010, 11:08
Ja swoje BZW traktuje jako coś najnaturalniejszego na świecie, tez myślałam, że może podświadomie rodzice przekazali mi tę niechęć ale nic takiego w moim przypadku miejsca nie miało. Po prostu to jest integralna i jak najbardziej naturalna część mnie, nie chcę, nie odczuwam takiej potrzeby i nic się w tej kwestii nie zmieni. Koniec, kropka. To tak jak z orientacją seksualną, albo jest się homo albo hetero, niektórzy są jeszcze bi oczywiście ale o ile w sferze intymnej da się balansować na granicy i posprawdzać "jak to jest", o tyle kwestii posiadania dzieci nie radziłabym takiego rozwiązania :) konsekwencje mogą być bolesne i co gorsza terminalne.
źródło "Wysokie obcasy":
Bezdzietna jędza
Proszę w imieniu tysięcy takich kobiet jak ja, czyli bezdzietnych z różnych przyczyn, o danie nam spokoju, nam i naszym macicom
Mam 36 lat, szczęśliwy nieformalny dziesięcioletni związek, w którym panują miłość i szacunek. Jestem dosyć dobrze wykształcona (studia filologiczne na KUL), dosyć zdolna (podobno), dosyć ładna (nie moja opinia). W czym więc problem? Ano w braku ślubu i dzieci. Od lat ze stoickim spokojem znoszę nagabywanie rodziców o wnuki, mają prawo, oni mnie urodzili. Od lat też znoszę niewybredne i niedyskretne pytania o potomstwo od zupełnie mi obcych ludzi. Czemu nie rodzę, może jestem chora, może on jest chory, może inny lekarz, a może inny facet, przecież dziecko rozwiąże każdy problem, w tym brak stałej pracy, da tyle radości i nawet mnie odmłodzi, zapobiegnie wielu chorobom, zostanie ze mną na starość, żeby podać łyżkę wody.
Jestem jedynaczką i od prawie 20 lat nie mieszkam z moimi rodzicami, a nawet w innym państwie. Oczywiście, gdy jestem im potrzebna, jadę bez pytań, ale nie mogą powiedzieć, że mieli dziecko, żeby na starość nie być samotnymi. Ostatnio spotkałam jedną z koleżanek. Komplementowała mój wygląd, że niby świeży i młody, a zaraz potem z przekonaniem godnym Pytii stwierdziła, że trzeba mi stabilizacji, normalnego chłopa i dziecka. Zatkało mnie. Pytam ją więc, czym według niej jest stabilizacja, jeśli nie dziesięcioletnim związkiem dwojga ludzi. Czemu na Boga jakaś obca baba lepiej wie, co jest dla mnie dobre? A może dojrzała, 36-letnia osoba naprawdę nie wie, co jest dobre, a co złe. Przypuśćmy, że nie jestem zdrową, płodną kobietą, tylko kimś, kto rozpaczliwie próbuje zajść w ciążę, a nie może. Czy kolejne pytania o dzieci nie pogrążyłyby mnie w jeszcze głębszej rozpaczy? Czemu mam się czuć gorsza od kogoś, kto urodził dziecko, czemu mam być czymś w rodzaju dziwoląga w cyrku? Czy posiadanie dzieci jest jedynym wyznacznikiem kobiecości? Wiele razy słyszałam, gdy mi było źle i smutno, gdy miałam depresję, że powinnam mieć dzieci, tobym się wyleczyła z tych problemów. Ludzie, czy słyszeliście o depresji poporodowej? Ja ją widziałam, wcale nie było to rozwiązanie problemów. Pewnie też nie jestem dobrą katoliczką, bo całymi garściami biorę dary Boga, takie jak wolna wola i rozum.
Wyjdę pewnie na osobę zgorzkniałą i z pretensjami do świata, ale zapewniam, nie jestem taka. Chodzi mi jedynie o to, żeby ciotunie i koleżanki w swym wścibstwie nie posuwały się do tematów intymnych, bo posiadanie dzieci jest tematem intymnym. Proszę w imieniu tysięcy takich kobiet jak ja, czyli bezdzietnych z różnych przyczyn, o danie nam spokoju, nam i naszym macicom. Nie robimy nic złego, my tylko się nie rozmnażamy, ale nie grozi światu wymarcie, przecież są te, co rodzą, i to czasem sporo. Aha, jeszcze to: jeśli która dobrodziejka zaniepokojona brakiem potomstwa innej kobiety trafi na wredną i pyskatą jędzę, to zapewniam, tą jędzą będę ja, i nie będę wówczas poprawna politycznie!
I do what I have to to live the way I want to....