ja przezylam wlasnie taka "samotnosc we dwoje", do pewnego czasu niby wszystko bylo ok bo rzadko sie widzielismy i moze ze wzgledu na odleglosc nas dzielaca i wynikajaca z tego tesknote jakos wiecej romantyzmu i uczuc bylo w tym wszystkim. niestety odkad mielismy siebie na co dzien zaczelam zauwazac ze caly ten nasz zwiazek jakos tak "zpowszednial", nie czulam sie kochana mimo ze gdzies tak w glebi duszy wiedzialam ze mnie kocha, ale to jednak za malo. myslalam ze jak ja stane sie bardziej czula i kochajaca to on to odwzajemni, niestety przeliczylam sie, nic sie nie zmienilo, a ja w koncu zaczelam czuc sie wykorzystywana. zaczelo sie czepianie, dopominanie o czule gesty, a gdy ani prosby ani grozby nie pomagaly to zaczela rosnac frustracja, bo czulam ze ja daje z siebie wszystko a w zamian nie otrzymuje wiele

nie czulam zainteresowania z jego strony a to boli

moje poprzednie zwiazki wygladaly zupelnie inaczej, owszem zalezalo mi, ale potrafilam zawsze sprawic zeby facet nie byl zbyt pewny siebie, to on musial sie starac, a ja zgrywalam ksiezniczke, moj brat i tata zawsze mi wpajali ze taka postawa wyjdzie mi na dobre i moze cos w tym bylo... trafila jednak kosa na kamien, dalam siebie jak na tacy, mowilam takie slowa ktore by mi nigdy wczesniej przez gardlo nie przeszly a on tego w ogole nie docenil. zraniona duma tez troche boli, nie ukrywam, tym bardziej ze on sie teraz nie odzywa i wcale nie walczy o ten zwiazek...

ciezko bylo podjac decyzje, tym bardziej ze tak naprawde nie mialam do czego sie przyczepic, nie zdradzal mnie, nie bil, nigdy nie odmowil mi pomocy, ale jednak czegos mi brakowalo, bylam po prostu nieszczesliwa...

to dopiero 3dni odkad sie rozstalismy, jest ciezko, chce mi sie ciagle plakac, na nic nie mam ochoty i nic mnie nie cieszy, nie potrafie juz chyba byc sama i boje sie ze pekne i wroce tylko dlatego zeby byc z kims, mimo ze wiem ze i tak nic sie nie zmieni, bo to chyba bardziej kwestia jego charakteru niz zlej woli. chociaz gdyby mnie naprawde kochal... mam dosc facetow
